Kiedy wpadłam przez przypadek na markę Red is bad przypomniałam sobie mojego dziadka. Pamiętam, byłam małą dziewczynka, a on opowiadał mi przeróżne historie z czasów swojego dzieciństwa. Jak wychodzili paść krowy na łąkę, jak łowili raki, jak uczyli się pływać w niewyregulowanej, momentami bardzo głębokiej rzecze, jak rzucali kamieniami przez rzekę w małych Niemców.
A potem, czasy po wojnie wspominał katastrofalnie. Oczywiście wspomnienia nie były czarno-białe, ponieważ z absurdów komunizmu wynikało wiele bardzo śmiesznych, a momentami nieprawdopodobnych historii, jak to ludzie musieli sobie radzić i omijać ze wszystkich stron system, w którym nie dało się żyć normalnie. Pamiętam to zdanie, że komunizm, czyli czerwoni to bardzo niefajne czasy, szczególnie dla ludzi, którzy nie chcieli się podporządkować. Red is bad zadźwięczało mi dzisiaj ponownie w uszach, kiedy zobaczyłam całą kolekcję koszulek tej właśnie marki.
Co prawda, rozdźwięk pomiędzy dziadkowymi czerwonymi, a koszulkowymi był bardzo duży, ale przywołał mi dobre wspomnienia i spowodował, że po raz kolejny poczułam się nieźle z tym, że jestem Polką, że mieszkam sobie tutaj, w miarę spokojnie i dobrze, nie brakuje mi na chleb, nie muszę stać w kolejkach, nie mam problemu z pójściem do lekarza, czy serfowaniem po Internecie. A to, że teraz tak mamy zawdzięczamy właśnie im, poprzednim pokoleniom, którym udało się przetrzeć szlaki.
